Leki, szczepionki, sztuczne suplementy i probiotyki

Z perspektywy czasu i własnego doświadczenia zastanawiam się, co bardziej pomaga dzieciom w uzyskaniu pełnego zdrowia i stabilnej odporności: zmiany dietetyczne czy zaprzestanie (lub przynajmniej ograniczenie) podawania im leków, sztucznych suplementów, probiotyków i szczepionek. Na pewno oba czynniki są ważne.
Możemy zadać sobie następujące pytania:
  • Czy leki, szczepionki, sztuczne suplementy i probiotyki są zawsze niezbędne dla zdrowia dziecka?
  • Czy są skuteczne w długim okresie?
  • Czy nie powodują skutków ubocznych?
  • W jakich sytuacjach i w jakich ilościach ich użycie jest rzeczywiście uzasadnione?
  • Co powinno być podstawą profilaktyki zdrowotnej i leczenia? Czy tabletki, kapsułki, zastrzyki itp. mogą zastąpić dobrą dietę? Czy dobra dieta i codzienna, wszechstronna dbałość o psychiczny i fizyczny dobrostan dziecka nie są wystarczające?
Nie będę udzielać bezpośredniej odpowiedzi na te pytania, przedstawię jedynie zebrane przeze mnie informacje, moje spostrzeżenia i przemyślenia. Zachęcam Czytelników do wyciągnięcia własnych wniosków.
Leki przemysłowe, nawet te pochodzenia naturalnego są wyrobami sztucznymi, a ich zażywanie – sztuczną stymulacją organizmu, zawsze w jakimś stopniu ryzykowną. Wszystkie leki (nawet „niewinna” glukoza) oraz szczepionki mają skutki uboczne, które nierzadko potęgują się przy stosowaniu środków farmakologicznych w większych ilościach.
Leki i szczepionki, jak również sztuczne suplementy mogą prowadzić do… chorób. Przyjęłam następującą definicję choroby: jest to stan mniejszej lub większej nierównowagi w organizmie. Objawy mogą być różne i decydować o etykietce, jaką nadajemy naszej chorobie, może ona na przykład przyjąć brzmienie: zespół jelita drażliwego, zapalenie płuc, schizofrenia, atopowe zapalenie skóry, nieżyt górnych dróg oddechowych, padaczka. Często rozmaite, pozornie niepowiązane ze sobą objawy współwystępują, tak jest na przykład u dzieci autystycznych. To świadczy o tym, że organizm funkcjonuje jako całość, a zachwianie równowagi w jednej jego części będzie rzutować na funkcjonowanie innych obszarów (dobrym przykładem tego zjawiska jest równowaga metaboliczna między hormonami anabolicznymi i hormonami katabolicznymi). Leki nie likwidują nierównowagi, zmieniają tylko jej postać, usuwając określone objawy (nazwanej choroby) i wywołując inne (skutki uboczne). Podobnie szczepionki: czasami mogą zapobiec ujawnieniu się danej choroby, ale zawsze są czynnikiem obciążającym organizm, przez co staje się on podatny na inną chorobę (na przykład alergię, wskutek zachwiania naturalnego porządku w systemie odpornościowym). I leki i szczepionki, jak również sztuczne suplementy, intensywnie stosowane, siłą rzeczy prowadzą do pogłębiania nierównowagi.
Gdy rodzi się dziecko, to już w pierwszej dobie jego życia następuje poważna ingerencja farmakologiczna (pomimo, że jest zdrowe) w jego maleńkie ciałko i kruchy układ immunologiczny (odpornościowy). Tą ingerencją jest szczepienie przeciw wirusowemu zapaleniu wątroby typu B oraz szczepienie przeciw gruźlicy. W pierwszych miesiącach i latach życia dziecka często obserwujemy objawy alergii (a więc patologiczną reakcję immunologiczną) i braku odporności, które „leczymy” lekami. Kolki jelitowe, katar, kaszel, silna gorączka, niespokojny sen to standard w życiu współczesnego niemowlęcia. Standardem jest też nagminne podawanie środków przeciwgorączkowych, przeciwbólowych i przeciwzapalnych, sterydów, środków przeciwhistaminowych czy różnego rodzaju syropów. Lekarze przepisują też bardzo chętnie leki na zaburzenia w zachowaniu dziecka, bez głębszej analizy przyczyn tych zaburzeń. Leki obciążają wątrobę, która zaczyna chorować. „Leczą” więc wątrobę. I tak tworzy się koło zamknięte. Nierównowaga (choroba) eskaluje.
I parę słów o szeroko reklamowanych lekach przeciwgorączkowych, przeciwbólowych i przeciwzapalnych, powszechnie przepisywanych przez lekarzy, które i tak można kupić bez recepty. Kilka lat temu pani pediatra wręczyła mi ulotkę reklamującą tego rodzaju lek, na której było napisane, jak należy go stosować. Otóż, należy podawać go dziecku przez trzy doby z rzędu co osiem godzin, jeszcze przed konsultacją z lekarzem (!), gdy widzimy, że zaczyna się choroba… Lek jest kolorowy i słodki… A rodzice mogą wreszcie odpocząć: po zażyciu leku chore dziecko przestaje płakać i zaczyna się żywo bawić… na parę godzin, do następnej dawki! Cud i magia, wszyscy zadowoleni, w tym producenci leku. Nikt wtedy nie myśli o tym, że naturalne osłabienie dziecka wywołane chorobą służy temu, aby więcej spało i regenerowało siły, że naturalna skłonność do marudzenia ma spowodować częstsze przytulanie przez mamę lub tatę, co też przyśpiesza regenerację organizmu, nie mówiąc już o ważnej roli gorączki w procesie zdrowienia. Gorączka jest maszyną natury, przeznaczoną na pole bitwy, by usunąć jej wrogów.[1] Po syropie przeciwgorączkowym, przeciwbólowym i przeciwzapalnym naturalne zmęczenie i marudzenie, jak również wysoka temperatura znikają, a dziecko wykazuje sztuczną aktywność, która jeszcze bardziej osłabia organizm. Z czasem chwilowa choroba, przejawiająca się tymczasową gorączką, gdy jest intensywnie „leczona”, przeradza się w chorobą chroniczną, z nasilającymi się objawami. A skutki uboczne leku? No cóż… kiedyś zrobiłam mojemu Synowi test MRT (ang. Mediator Release Test). Test MRT określa wpływ różnych pokarmów i substancji na układ immunologiczny. Test wykazał, że ibuprofen (substancja czynna leku, który lekarze przepisywali mu wielokrotnie) uwalnia mediatory zapalenia w organizmie mojego Dziecka.
Zabiegi firm farmaceutycznych wpływają na dziecko jeszcze przed jego poczęciem. Kiedyś sporządziłam listę produktów farmaceutycznych, jakie powszechnie stosuje się w imię dobra dziecka. Lista zaczyna się od kwasu foliowego w tabletkach, zalecanego przyszłej matce już w okresie planowania ciąży, a potem w jej pierwszym trymestrze. Ponadto przez całą ciążę, a także w okresie karmienia piersią kobieta ma przyjmować codziennie jedną wielką multiwitaminową tabletkę. Przy czym lekarz nie informuje pacjentki, że zdrowszą alternatywą dla zażywania sztucznych witamin i minerałów jest właściwa dieta, pokarmy szczególnie bogate w kwas foliowy itp. Firmy farmaceutyczne oferują też specjalne tabletki antykoncepcyjne dla karmiących matek. A samo dziecko? Tę wyliczankę chyba każdy rodzic dobrze zna: szczepionki, sztuczna witamina D, leki przeciwgorączkowe, przeciwbólowe i przeciwzapalne, antybiotyki, leki na alergię, syropy wykrztuśne, syropy przeciwkaszlowe i cała masa innych medykamentów.
Mój Syn, mając trzy i pół roku, dostawał dwa lub trzy razy dziennie leki z całej długiej listy. Musieliśmy pisać sobie taką listę, bo trudno było zapamiętać wszystkie jej pozycje. Niektóre z tych leków były bardzo słodkie, niektóre zawierały „atrakcyjne”, kolorowe barwniki i aromaty… Po takiej „uczcie” Dziecko traciło apetyt. Więc lekarz przepisał… lek na pobudzenie apetytu. Były to czasy, kiedy nie śmiałam kwestionować zaleceń lekarzy. Przecież to oni skończyli studia medyczne! Przejrzałam na oczy dopiero dwa lata później, gdy choroba mojego Synka postępowała, a lekarz, sam najwyraźniej nierozumiejący jej istoty, zaproponował lekarstwo, które nie dawało gwarancji wyleczenia. Jedynym pewnym skutkiem działania tego leku było zaburzenie pracy wątroby (według informacji lekarza).
Dla pełnego zilustrowania tematu przytoczę inną historię z życia, tym razem ilustrującą problem nadużywania leków przez ludzi starszych. Kilka lat temu przyjechała do mnie moja dziewięćdziesięcioletnia Babcia. Miała ze sobą cały worek leków, zażywała dziesięć różnych leków codziennie i jedenasty raz na tydzień. W ciągu dnia bardzo dużo spała, cierpiała na częste zawroty głowy, nie można było swobodnie z nią rozmawiać, nie miała już takiej jak dawniej ochoty na czytanie książek czy oglądanie telewizji. Ilość leków, jakie „musiała” przyjmować nie dawała mi spokoju. Czy samopoczucie Babci to tylko kwestia wieku? W końcu przeczytałam wszystkie ulotki załączone do poszczególnych lekarstw. Okazało się, że w przypadku kilku leków skutki uboczne pokrywały się i przypominały dolegliwości Babci. Sprowadziłam więc lekarza i zapytałam, które leki można odstawić bez narażania jej na gwałtowne pogorszenie stanu zdrowia. W rezultacie pozostaliśmy przy trzech lekach dziennie i czwartym raz na tydzień. Po dwóch – trzech dniach od redukcji ilości leków Babcia zaczęła oglądać telewizję, czytać, swobodniej rozmawiać, a nawet zagrała z moim Synem w chińczyka! Nie była już też tak senna, jak wcześniej.
W moim otoczeniu widzę seniorów, którzy schorowani i obolali nie mają już sił, aby pójść do apteki. Więc proszą swoich bliskich o zakupienie leków z recepty. Regularnie co miesiąc przekazują aptekom kilkadziesiąt – kilkaset złotych, czasami zapożyczają się w tym celu. Muszą przecież zachować „ciągłość leczenia” (jak to określiła pewna staruszka, która pożyczała ode mnie pieniądze na ten cel). I nie są już w stanie kupić dobrego, odżywczego jedzenia, jedzą byle co. Wnioski nasuwają się same.
Pieniądze, które zostawiamy w aptekach od poczęcia po śmierć to majątek. Płacimy regularnie, bez dyskusji: taki „mały” podatek farmaceutyczny… Mało tego, uzależniamy nasze organizmy, ich biochemię od leków. „Wspomagając” organizm lekami i szczepionkami, rozleniwiamy go w pracy nad samoleczeniem, ograniczamy jego zdolność do samoregulacji, stopniowo ubezwłasnowolniamy – pozbawiamy niezależności. Po jakimś czasie sztucznej stymulacji farmaceutycznej człowiek nie jest już w stanie sam funkcjonować bez leków, może nawet umrzeć. A przecież organizm ludzki został wyposażony przez Naturę w niesamowitą zdolność do samoleczenia i samoregulacji. Nie niszczmy tej zdolności u naszych dzieci, lecz odpowiednio wspierajmy ją, od samego ich poczęcia, a najlepiej jeszcze wcześniej, poprzez dbałość o zdrowie nas samych – przyszłej matki i ojca. Oby nasze dzieci pozostały niezależne od leków do końca życia i oby to życie było długie i piękne.
Lekarze beztrosko przepisują coraz więcej leków, a urzędnicy i politycy w jakimś niezrozumiałym obłąkaniu rozszerzają kalendarz szczepień obowiązkowych, nie zważając na alarmujące zgłoszenia rodziców i niektórych lekarzy o zauważanych przez nich skutkach ubocznych szczepionek. Kiedyś tak samo beztrosko przepisywano antybiotyki. Teraz mówi się na głos, że było to błędne postępowanie i nie jest to już tematem tabu. Tematem tabu wciąż są jednak szczepionki i inne niż antybiotyki leki. Ile jeszcze dzieci musi ucierpieć, aby pediatrzy i instytucje zajmujące się zdrowiem przejrzeli na oczy i zaczęli ograniczać stosowanie leków i szczepionek do niezbędnego minimum lub czasem po prostu z nich zrezygnowali?
Co do sztucznej suplementacji w postaci witamin i minerałów w tabletkach bądź płynach, istnieją różne opinie, nawet wśród naturopatów. Niektórzy uważają, że współczesna żywność jest tak jałowa (wskutek wyjałowienia gleb), że nie jesteśmy w stanie zapewnić sobie kompletu niezbędnych do życia witamin i minerałów z samego pożywienia. I pewnie mają rację, w przypadku osób, którym jedynym źródłem zaopatrzenia w żywność są zwykłe sklepy spożywcze, supermarkety, hipermarkety i stragany warzywno-owocowe prowadzone przez handlarzy.
Na szczęście przybywa małych gospodarstw rolnych, w których rolnicy stawiają na naturalne nawożenie i ochronę roślin, używają naturalnego obornika, bogatych w minerały gnojówek,[2] wywarów z roślin,[3] naturalnego kompostu, efektywnych mikroorganizmów,[4] stosują właściwy płodozmian i uprawiają pewne gatunki roślin pełniące funkcję ochronną względem samych upraw, czasami korzystają z naturalnych sprzymierzeńców typu pszczoły murarki, określone gatunki ptaków, chrząszcze biegacze itp., stwarzając im warunki do bytowania w swoim gospodarstwie, a zwierzęta pasą na soczystych i słonecznych łąkach. Rolnicy z naturalnie prowadzonych gospodarstw posiadają certyfikaty ekologiczne lub o takie starają się i sprzedają swoje produkty rolne na specjalnych targach. Przykładem targu proekologicznego jest Targ Pietruszkowy w Krakowie.[5] Jeśli dotrzemy do właściwych rolników, zaczniemy zaopatrywać się u nich w żywność i zrezygnujemy z przemysłowo przetworzonych, a więc zubożonych pod względem wartości odżywczych produktów oraz warzyw i owoców pochodzących z wielkich, przemysłowych upraw, nie będziemy musieli myśleć o sztucznych suplementach.
Dieta oparta o pokarmy pochodzące z naturalnych, czystych gospodarstw wystarczy, mało tego, jest dalece zdrowsza niż jadłospis hipermarketowy uzupełniany tabletkami witaminowymi czy preparatami mineralnymi. Należy pamiętać, że syntetyczne witaminy i minerały nie tylko mogą mieć zmienioną postać chemiczną, ale też pozbawione są naturalnych towarzyszy (takich jak białka, tłuszcze, węglowodany, inne witaminy, sole mineralne, błonniki, kwasy organiczne, substancje fitochemiczne, enzymy i inne, jeszcze nieodkryte substancje), obecnych w naturalnych, nieprzetworzonych pokarmach (na przykład w surowym, pełnotłustym mleku, w jabłku prosto z niepryskanego drzewa, w świeżo wyłuskanym orzechu). Naturalna kompozycja pokarmowa zapewnia lepsze przyswajanie danej witaminy czy minerału oraz jego optymalną dawkę i, jeśli tylko kierujemy się smakiem dziecka, jego zmiennymi preferencjami kulinarnymi, oferując mu przy tym szeroki wybór pokarmów, nie powinno dojść do jakichkolwiek niedoborów albo nadmiarów. Co do bogatej oferty kulinarnej, istotną rolę odgrywają małe, drobne dodatki do potraw (nasiona, pestki, przyprawy, zioła, zielenina i inne), stosowane codziennie, jak również okazjonalne przekąski, na przykład maliny prosto z krzaczka, kefir, jogurt, kawałki surowych warzyw, orzechy, miód (o dodatkach i przekąskach, które określam jako suplementy naturalne, piszę w mojej książce). Przyswajanie określonych substancji odżywczych zależy nie tylko od ich spożywania, ale też od obecności innych substancji w diecie i w organizmie; potrzebna jest określona synergia, aby dana witamina czy minerał odegrał swą rolę (na przykład gospodarka wapniowa w organizmie zależy m.in. od obecności witamin A, D i K2).
O bezużyteczności sztucznych suplementów mówi dr Natasha Campbell-McBride; przy nieprawidłowej florze jelitowej (która leży u podstaw całej gamy chorób i zaburzeń, zarówno fizycznych, jak i psychicznych) organizm nie przyswoi cynku, magnezu, wapnia i innych ważnych minerałów podawanych dziecku w formie suplementów, nie zostaną one przetransportowane przez ścianę jelita do krwiobiegu, natomiast ulegną wydaleniu z organizmu.[6]
Z książki pt. Gut and Psychology Syndrome napisanej przez dr McBride dowiadujemy się, że w przypadku osób z zaburzoną florą jelitową sztuczna suplementacja witaminą A nie zdaje egzaminu. Osoby te powinny być dożywione witaminą A (i innymi substancjami odżywczymi) w naturalnej postaci, na przykład naturalnym, fermentowanym tranem, żółtkami, wątróbką, masłem. O szkodliwości sztucznej witaminy A wspomina również dr Bruce Fife, pisząc, że syntetyczna witamina A może stać się toksyczna nawet w niezbyt dużych dawkach. Naturalna witamina A, która rozpuszcza się w tłuszczach, jest dziesięciokrotnie bardziej bezpieczna niż ta syntetyczna, rozpuszczalna w wodzie witamina A.[7]
Dr McBride przestrzega również przed przyjmowaniem sztucznej witaminy D2, gdyż w takiej postaci można ją przedawkować, osiągając poziom toksyczny. Natomiast nie sposób przedawkować naturalnej witaminy D pochodzącej z pokarmów bogatych w cholesterol (takich jak żółtka, surowe masło, śmietana, smalec, tran czy wątróbka) i syntetyzowanej przez organizm pod wpływem światła słonecznego, ponieważ organizm potrafi poradzić sobie z jej nadmiarem. Ponadto sztuczna suplementacja witaminą A może okazać się toksyczna, jeśli nie zapewni się równolegle odpowiedniej dawki witaminy D; obie witaminy współpracują ze sobą w organizmie i brak jednej z nich powoduje nadmiar tej drugiej. Trudno o idealną kompozycję witaminy A i D w sztucznej suplementacji, a taka kompozycja występuje w naturalnych pokarmach (witamina A najczęściej występuje tam, gdzie witamina D, czego przykładem jest nieprzetworzony przemysłowo tran).
Jak czytamy w Vademecum naturalnego zdrowia, poszczególne witaminy nie mają odizolowanych funkcji. Działają jako zespół wewnątrz ciała. Przyjmowanie ich w formie suplementów zamiast w naturalnych pokarmach może być bezproduktywne, ponieważ nadmiar jednej witaminy może stłumić skutki innej. Poza tym nie istnieją wiarygodne metody pozwalające stwierdzić, czy u kogoś wystąpił niedobór jakiejś witaminy. Jeśli taki niedobór istnieje, to związany on jest raczej ze źle funkcjonującym układem pokarmowym (a co za tym idzie – słabą przyswajalnością określonej witaminy) lub też – z przedawkowaniem innych witamin. Błędne jest założenie, że po przyjęciu dodatkowych dawek witamin ciało je automatycznie wykorzysta. Nie wiemy po prostu, jaki poziom witamin nie uszkodzi żołądka, w jakich ilościach witaminy zostaną strawione, ani do jakiego stopnia będą przyswojone przez krew i komórki ciała. Autorzy Vademecum wymieniają skutki uboczne przyjmowania poszczególnych witamin w sztucznej formie, jak również piszą o ich nieskuteczności. Na przykład twierdzą, że szkorbutu nie sposób wyleczyć samym kwasem askorbinowym (witaminą C), natomiast da się go wyleczyć poprzez spożywanie pomarańczy albo czerwonej papryki. Warzywa i owoce bogate w witaminę C zawierają również witaminę C2 – składnik niezbędny do zadziałania tej pierwszej. Niemowlętom zaleca się sztuczną suplementację witaminą D, tak jakby mleko matki było niewystarczające. Lekarze grożą, że brak suplementacji witaminą D prowadzi do krzywicy u dzieci. Tymczasem rodzice nie są informowani o ryzyku związanym z nadużywaniem sztucznej witaminy D; zatrucie tą witaminą, według autorów Vademecum, wywołuje objawy podobne do krzywicy. Dopóki tabletki z witaminą D nie były dostępne na rynku, krzywice u niemowląt skutecznie leczono ludzkim mlekiem. W Vademecum znajdujemy również informację o bezużyteczności sztucznej suplementacji minerałami. Jak się okazuje, większość suplementów mineralnych jest nieorganiczna, a ich spożycie może powodować poważne problemy [zdrowotne], czego przykładem jest przyjmowanie suplementów wapnia. Najlepszym źródłem czynnych minerałów organicznych są świeże warzywa, a owoce plasują się na drugim miejscu.[8]
Dr McBride twierdzi, że wiele z witaminowych i mineralnych preparatów dostępnych na rynku ma bardzo niski stopień przyswajalności. Przyswajalność witamin i minerałów zależy nie tylko od ich jakości (najlepsze są witaminy i minerały w świeżych, naturalnych pokarmach), ale też od kondycji układu pokarmowego człowieka. Dzieci z zaburzeniami flory jelitowej mają problem z całym układem pokarmowym i sprawnym przyswajaniem jakichkolwiek substancji odżywczych. Na dodatek, niektóre pierwiastki konkurują ze sobą w organizmie, tj. jedne zmniejszają absorpcję innych (na przykład zbyt dużo wapnia powoduje upośledzenie wchłaniania magnezu, cynku, miedzi, żelaza i innych pierwiastków), co prowadzi do niedoborów. Stąd niezwykle trudno jest dobrać efektywną suplementację i tak naprawdę brakuje dostatecznej wiedzy na ten temat, a lekarze i dietetycy, przepisując określone witaminy czy minerały, działają metodą prób i błędów. Do tego dochodzi problem żywności przemysłowej, która często zostaje „wzbogacana” o syntetyczne witaminy i minerały (gdyż przemysłowe procesy przetwórcze niszczą większość składników odżywczych pokarmu), co może przyczyniać się do zaburzeń zdrowotnych współczesnego człowieka. Sztuczne dodatki są bowiem czasami nierozpoznawalne przez organizm, który nie wie za bardzo, co z nimi zrobić. Ponadto wiele syntetycznych suplementów ma postać tabletek i kapsułek zawierających substancje podrażniające nabłonek jelita (są to tzw. substancje pomocnicze, typu wypełniacze, barwniki, aromaty, osłonki kapsułek). Jak pisze dr McBride, wielu z jej pacjentów nie osiąga najlepszych wyników leczenia dietą, dopóki nie odstawią sztucznych suplementów.[9]
Według dr. Henryka Różańskiego, wszystkie procesy biochemiczne w ustroju są sprzężone. Nadmiar jednej witaminy powoduje niedobór innych witamin oraz soli mineralnych. […] Odpowiednio dobrane pokarmy i koncentraty ziołowe mogą stanowić optymalne źródło witamin i biopierwiastków.[10] Z kolei sztuczne witaminy i minerały mogą zostać przedawkowane lub nieprzyswojone, a ich stosowanie może powodować skutki uboczne.
Jak pisze Józef Słonecki, witaminy syntetyczne są toksyczne dla człowieka i dla drobnoustrojów, dlatego często stosowane są jako chemiczne konserwanty, przedłużające przydatność do spożycia produktów żywnościowych. Witaminy syntetyczne należy uznać jako chemiczne leki współczesnej medycyny, a więc substancje ze zdrowiem mające tyle wspólnego, że je niszczą.[11]
Najmądrzejsi lekarze i naukowcy nie będą w stanie określić, jaka dokładnie dawka poszczególnych witamin i minerałów, jak również białek, tłuszczów i węglowodanów potrzebna jest w danym momencie konkretnemu, niepowtarzalnemu, jedynemu w swoim rodzaju dziecku, nie mówiąc już o możliwości teoretycznego zaplanowania jadłospisu dla tego dziecka w dłuższym okresie, z uwzględnieniem dynamiki, ciągłej zmienności biochemicznych potrzeb organizmu ludzkiego. Cytuję dr. Henryka Różańskiego: Biochemia jest tak trudna, że formułki z podręczników nijak się mają do potężnej puli procesów biologicznych, których nikt tak naprawdę nie jest w stanie pojąć i poznać.[12] Poruszamy się więc trochę po omacku, gdy trzymamy się sztywnych zaleceń dietetyków czy producentów suplementów. Obraz rozjaśnia się, gdy zaczynamy podążać za naturalnymi i zmiennymi smakami, preferencjami kulinarnymi naszych pociech (pod warunkiem zapewnienia im swobodnego wyboru pokarmów i bogatej oferty kulinarnej!), zwracając przy tym uwagę na ewentualne objawy nadwrażliwości na dany rodzaj pokarmu.
Dietę opartą o odżywcze, naturalne pokarmy pochodzące bezpośrednio z dobrych gospodarstw, bez stosowania sztucznej suplementacji zdecydowanie zalecam dla dzieci. Jeśli trudno o dostęp do rolników ekologicznych, można przynajmniej zaopatrywać się na małych straganach, na których rolnicy sprzedają warzywa i owoce z własnych gospodarstw, a nie z hurtowego targowiska. W małych gospodarstwach nie zawsze stosuje się chemiczne środki ochrony czy sztuczne nawozy w takim stopniu, w jakim robią to wielkoprzemysłowi plantatorzy, z prostej przyczyny: nie zawsze jest to opłacalne. Poza tym najlepiej szukać rolników, którzy hodują zwierzęta, co zwiększa szansę na to, że pole pod uprawy nawożone jest naturalnym obornikiem.
O sztucznych probiotykach mogę powiedzieć to samo, co o sztucznych witaminach i minerałach: są pozbawione naturalnego otoczenia, jaki stanowią białka, tłuszcze, węglowodany, witaminy, sole mineralne, substancje fitochemiczne, błonnik czy żywe enzymy, w związku z tym wątpię w ich skuteczność i „całkowitą nieszkodliwość” dla organizmu. Według dr Natashy Campbell-McBride, wszystkie choroby wywodzą się z zaburzeń w mikroflorze jelitowej: zbyt małej ilości pewnych mikroorganizmów i niekorzystnego przerostu innych, takich jak na przykład drożdżaki Candida albicans czy bakterie Clostridum. Zaburzeń tych nie da się usunąć probiotykami, bez zastosowania właściwej dla jelit diety (wykluczającej wszelkie przemysłowo przetworzone produkty spożywcze, na przykład mleko w proszku, cukier, makaron), jak również bez uwzględnienia innych czynników nierównowagi w mikroflorze jelitowej (takich, jak stosowanie antybiotyków, sterydów, innych leków, szczepionek, substancji chemicznych). Potwierdza to moje prywatne doświadczenie: mój Syn, w wieku dwóch lat cierpiał na chroniczną i bardzo uciążliwą biegunkę, trwającą kilka tygodni, jaka wystąpiła po „leczeniu” go silnymi antybiotykami. Lekarz zalecił probiotyki z apteki, które podawałam mojemu Dziecku codziennie przez miesiąc, ale nie było żadnej poprawy. O prawidłowej diecie miałam wówczas nikłe pojęcie, a lekarz oczywiście nie wspomniał o tej najbardziej oczywistej, podstawowej i skutecznej metodzie leczenia – właściwym pokarmem. Przeciętni lekarze najwyraźniej nie wiedzą, że podstawą dla zachowania lub odnowienia prawidłowej flory w jelicie jest stworzenie warunków dla bytowania i namnażania się pożądanych mikroorganizmów w przewodzie pokarmowym, a nie połykanie ich. Jeśli warunki w jelicie nie będą sprzyjające, to pożyteczne bakterie i grzyby nie utrzymają się tam we właściwej proporcji. Z drugiej strony, potrzebne drobnoustroje zawsze pozostaną w jelicie choćby w minimalnych ilościach, aby namnożyć się, gdy środowisko zacznie im sprzyjać. A to można osiągnąć przez właściwe odżywianie.
Pokarm naturalny zawierający probiotyki oraz prebiotyki (substancje stymulujące prawidłowy rozwój mikroflory jelitowej) to przede wszystkim pokarm matki, jak również pokarmy fermentowane (kiszone warzywa i owoce, surowa kwaśna śmietana, twaróg, domowy jogurt, kwaśne mleko, zboża i fasole podfermentowane przed gotowaniem, chleb pieczony na naturalnym zakwasie, barszcz czerwony, żurek) i cały wachlarz surowych, niekoniecznie fermentowanych pokarmów (warzywa, zielenina, owoce, orzechy, pestki, żółtka, mleko prosto od krowy, surowe mięso). I takie jedzenie powinno znaleźć się w codziennej ofercie kulinarnej dla dziecka lub matki karmiącej. Jeśli dziecko lub matka nie lubi kiszonek lub w jakiś sposób ich nie toleruje, nic nie szkodzi, niech ich nie je lub zmniejszy dawkę i częstotliwość do tolerowanej. Wystarczy obecność ulubionych, surowych pokarmów na talerzu, choćby w małej ilości i jak zawsze – bogata oferta kulinarna w ogóle. Wracając do sztucznych probiotyków, podobnie jak w przypadku innych suplementów, musimy mieć świadomość, że producenci stosują rozmaite substancje pomocnicze, oprócz składników aktywnych (w tym wypadku – pożądanych mikroorganizmów). Przejrzałam ulotki do kilku znanych na rynku probiotyków i oto co znalazłam w ich składzie, jako substancje dodatkowe: maltodekstrynę (substancję wypełniającą), kwas askorbinowy (jako przeciwutleniacz), laktozę jednowodną, fruktozę, żelatynę, glukozę, kwas L-askorbinowy i L-askorbinian sodu (jako stabilizatory), stearynian magnezu (antyzbrylacz), dwutlenek krzemu (antyzbrylacz), dwutlenek tytanu (barwnik), mleko odtłuszczone, sacharozę, olej kukurydziany, monoglicerydy i diglicerydy kwasów tłuszczowych (emulgator). Wnioski pozostawiam Czytelnikom.
Leki, sztuczne suplementy i w przemyślany sposób stosowane, starannie dobrane probiotyki mogą okazać się dobrodziejstwem w sytuacjach skrajnych, gdy poważnie zagrożone jest czyjeś zdrowie lub życie (na przykład wskutek jakiegoś wypadku, nędznych warunków życiowych, chronicznego głodu czy zrujnowanego przez różne czynniki zdrowia). Nasze decyzje o podawaniu lub niepodawaniu dziecku leków powinny zawsze opierać się na rzetelnej wiedzy, niezmanipulowanych informacjach. Gdy dziecko cierpi na ciężką chorobę i jest leczone farmaceutycznie, należy dążyć do bezpiecznej redukcji ilości (lub eliminacji) leków w porozumieniu z mądrym, współpracującym lekarzem. Szukajmy lekarza, który traktuje nas – rodziców poważnie i jest otwarty na różne metody leczenia. W razie niepewności, można zasięgnąć opinii innych lekarzy. Dobrze jest też zadbać o regularną diagnostykę dziecka wyprowadzanego z choroby bez leków (niestety, lekarze niechętnie wypisują skierowania na szczegółowe badania diagnostyczne, być może ze względu na ograniczenia w finansowaniu ich przez NFZ, a może z innych względów, w każdym razie, część badań trzeba sobie samemu sfinansować). Taka diagnostyka powinna obejmować wyczerpujące badania krwi, podstawowe badanie moczu oraz standardowe, ale dokładne i kilkakrotnie powtarzane oraz niestandardowe badania w kierunku pasożytów (pasożytów w przewodzie pokarmowym oraz pasożytów tkankowych), jak również badania specjalistyczne odzwierciedlające postępy w leczeniu danego obszaru w organizmie.
My – rodzice mamy prawo czytać fachową literaturę medyczną i mamy prawo zadawać wszelkie pytania na temat choroby naszego dziecka i sposobów jej leczenia. Jeżeli pytania irytują lekarza, to należy znaleźć innego! Gdy mój Syn chorował, chodziłam do lekarzy ze spisaną listą pytań, a nawet z książką medyczną z podkreślonymi fragmentami tekstu, o które chciałam zapytać, choć nie wszystkim lekarzom to się podobało. Każdy rodzaj leczenia i szczepienia dziecka wymaga zgody rodzica, co oznacza, że lekarze i cały system medyczny nie biorą na siebie pełnej odpowiedzialności. Wyrażenie zgody lub niewyrażenie jej jest pewną decyzją. A aby podejmować dobre decyzje, należy zdobyć odpowiednią wiedzę.

 

[1] słowa Thomasa Sydenhama, angielskiego lekarza żyjącego w XVII w., zwanego „angielskim Hipokratesem”, w oryginale brzmiące: Fever is nature’s engine, which she brings into the field to remove her enemy.
[2] Gnojówki to płyny przygotowane na bazie rozmaitych, najczęściej dzikich roślin przefermentowanych w wodzie, będących źródłem cennych minerałów; ja i mój Mąż sami robimy takie gnojówki z pokrzywy, skrzypu, babki lancetowatej lub mniszka lekarskiego, podlewamy nimi nasze maliny, zioła, winorośle i drzewa owocowe.
[3] Robimy też wywar ze skrzypu polnego i stosujemy go profilaktycznie, jako środek przeciwgrzybiczy.
[4] Efektywne mikroorganizmy to grupa mikroorganizmów takich jak bakterie fotosyntetyzujące, bakterie kwasu mlekowego, promieniowce, grzyby czy drożdże, które zdolne są do wydzielania pożytecznych substancji – witamin, kwasów organicznych, minerałów i antyutleniaczy. Stosowane są m.in. w naturalnym rolnictwie.
[5] zob.: Targ Pietruszkowy; http://targpietruszkowy.pl/ – data dostępu: 2016-10-03
[6] zob. wykład dr Natashy Campbell-McBride na konferencji Wise Traditions w Londynie, 2010 r.: https://www.youtube.com/watch?v=Z_0NvcJZwa8 – data dostępu: 2016-10-03
[7] Bruce Fife: Cud oleju palmowego, przekład: Anna Majka, Wydawnictwo Vital, wyd. I, Białystok 2013 r., str. 81
[8] Andreas Moritz, John Hornecker: Vademecum naturalnego zdrowia, przekład: Anna Majka, Wydawnictwo Vital, wyd. I, Białystok 2014 r., str. 109-115
[9] Natasha Campbell-McBride: Gut and Psychology Syndrome, Halstan & Co. Ltd., Amersham, Buckinghamshire, marzec 2015 r., str. 280-283, 295-297
[10] dr Henryk Różański: Witaminy – Vitaminum – witaminoterapia; Akademia Medyczna im. K. Marcinkowskiego w Poznaniu, Katedra Medycyny Społecznej, Zakład Historii Nauk Medycznych; http://luskiewnik.strefa.pl/biochemia/vitaminum.html – data dostępu: 2016-10-03
[11] Józef Słonecki: Zdrowie na własne życzenie, tom 2, Wydawnictwo Biosłone, wyd. VI, 2011 r., str. 148
[12] dr Henryk Różański: Rozmyślania nad czystkiem; http://rozanski.li/3389/rozmyslania-nad-czystkiem-cistus/ – data dostępu: 2016-10-03

 

Książka „Zdrowe Dzieci”

logo-niebieski-turkus-zolty-fioletowy-1

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.