Wstęp do książki „Zdrowe Dzieci”

 

Książka Zdrowe Dzieci wciąż przechodzi procesy redakcyjno-wydawnicze, w związku z czym termin jej ukazania się na rynku nieco się przesunie. Tymczasem zapraszam moich Czytelników do lektury wstępu do Zdrowych Dzieci:

 

Książkę tę napisałam, aby podzielić się swoją matczyną wiedzą i doświadczeniem. Pozostając przez wiele lat z moimi dziećmi w domu, z oknem na świat, jakim jest literatura i internet, gromadziłam wiedzę niezbędną do właściwej opieki nad nimi. Jej wartość niemal natychmiast potwierdzała się w codziennej praktyce. Swoją edukację uzupełniałam o własne wnioski i osobiście wypracowane metody dbałości o zdrowie całej naszej rodziny, które okazały się niezwykle przydatne.

W szkołach brakuje edukacji rodzicielskiej, a przecież wiąże się ona z jednym z najważniejszych zadań rodziny: przygotowaniem dzieci do życia, zapewnieniem im swego rodzaju dożywotniego wyposażenia. A czym jest to wyposażenie? Dobry zawód przynoszący stabilność finansową i może jakaś materialna pomoc na start życiowy to kwestie, które jako pierwsze, niemal automatycznie, przychodzą nam – rodzicom do głowy. Jednak, choć są one ważne, to chyba nie najważniejsze; rzadko kiedy myślimy o tym, aby wyposażyć dziecko w coś znacznie bardziej istotnego. Co to takiego? Jest to coś, czego najchętniej życzymy solenizantom… Tak, życzymy im po prostu zdrowia! Zdrowia na całe życie, i to w szerokim rozumieniu: fizycznego, psychicznego, emocjonalnego, które przekłada się na radość, kreatywność, niezależność, odpowiedzialność, a także – na dobro materialne. Zdrowia, o którego jakość należy walczyć nawet w obliczu trwałej niesprawności fizycznej lub psychicznej danej przez los. Tak pojęte zdrowie jest podstawą szczęśliwego życia, w którym młody człowiek potrafi stworzyć szczęśliwą rodzinę czy otoczyć się przyjaciółmi i być przyjacielem, wziąć całkowitą odpowiedzialność za siebie, samodzielnie podejmować decyzje, mieć hobby, a nawet pasję, oraz wykonywać zawód zgodnie ze swoimi zainteresowaniami, przynoszący do tego zadowalające dochody.

Czy próbujemy czasami wyobrazić sobie nasze dzieci jako osoby dorosłe w wieku 40, 60 albo… 90 lat? Chyba niewielu rodziców wybiega myślą tak daleko w przyszłość… Ale można to zrobić, w każdej chwili. Zamknijmy oczy i… wyobraźmy sobie szczęśliwego, rześkiego i uśmiechniętego starszego człowieka, wolnego od chorób i dolegliwości, sprawnego fizycznie i intelektualnie, którego na co dzień pochłania ulubione zajęcie lub satysfakcjonująca praca zawodowa czy społeczna, który nie ma trosk materialnych, z radością podróżuje i spotyka się z przyjaciółmi, dziećmi, wnukami… Kocha i jest kochany. Tacy ludzie istnieją, choć należą do mniejszości. Świadczy o tym choćby przykład pewnego znanego dziewięćdziesięcioparolatka – pana Antoniego Huczyńskiego, który przyjął pseudonim Dziarski Dziadek i napisał książkę pt. Sposób na długowieczność. Długiego, pełnego i prawdziwie satysfakcjonującego życia w pełnym zdrowiu życzę moim dzieciom. To nie są nierealne życzenia, choć o takie życie trzeba się postarać, najlepiej od samego początku. I bardzo dużą rolę mają tu do spełnienia rodzice, a nie lekarze. Współczesna medycyna może i wydłuża życie, ale czy zapewnia jego dobrą jakość?

W jaki sposób możemy wpłynąć na dożywotnie dobro naszych dzieci, skoro bezpośredni wpływ na nie mamy z reguły tylko w pierwszym okresie ich życia? Czy mamy takie możliwości, aby się dobrze wywiązać z tego zadania? Myślę, że tak. I to na kilka sposobów.

Po pierwsze, możemy zadbać o fizyczne i psychiczne zdrowie naszych podopiecznych (lub relatywnie dobrą kondycję w przypadku trwałej choroby czy niepełnosprawności) w ciągu całego dzieciństwa i okresu dorastania. To podstawa zdrowia w późniejszym, dorosłym życiu. Musimy sobie uświadomić, że postępujące, coraz powszechniejsze i dotykające coraz młodszych ludzi choroby cywilizacyjne, takie jak nowotwory, cukrzyca, miażdżyca, alergia, zaburzenia psychiczne i inne problemy zdrowotne, są uwarunkowywane już w dzieciństwie. Rozwijają się powoli i podstępnie, nie zauważamy związku między chronicznymi dolegliwościami w pierwszych latach życia człowieka, z których pozornie się „wyrasta”, a późniejszymi, nierzadko poważnymi chorobami. Dziecko nie powinno chorować przewlekle, nie przyzwalajmy na to. Powinno tryskać zdrowiem i energią, a ewentualna choroba, przejawiająca się gorączką, biegunką, wymiotami, marudnością, osłabieniem, katarem, kaszlem czy brakiem apetytu nie powinna trwać dłużej niż… dzień! Najwyżej – trzy dni. Da się to osiągnąć! Tego typu dolegliwości ustępują samoistnie, bez wspomagania lekami czy sztucznymi suplementami.

Musimy również uświadomić sobie, że zdrowie naszych dzieci zależy przede wszystkim od nas samych, a nie od pediatrów czy innych specjalistów. Dziwne? Pewnie tak, ale prawdziwe. Jest to moje szczęśliwe odkrycie sprzed kilku lat, które dodało mi energii i sprawiło, że jako matka, zaczęłam ufać przede wszystkim sobie. Żałuję, że nie miałam tej świadomości jeszcze zanim zostałam mamą. Gdybym miała wówczas tę wiedzę i doświadczenie, co teraz, oszczędziłabym moim dzieciom i sobie samej wiele wysiłku, cierpienia, strachu, czasu i pieniędzy.

Po drugie, możemy edukować dzieci przez przykład, codziennie troszcząc się o siebie samych i o dobro całej rodziny. Przyjęcie przez rodziców filozofii życiowej pod hasłem „najpierw zdrowie” staje się naturalnym elementem edukacji dziecka, przekłada się na jego dobry nawyk dbałości o zdrowie w życiu dorosłym bez potrzeby dokonywania jakichś niewygodnych zmian czy rewolucji i pokonywania szczególnych trudności. I tak na przykład, zakupy dokonywane u rolnika, zamiast w sklepie spożywczym będą zwyczajną czynnością, a nie „dziwactwem”, widok rodziców, którzy regularnie wygospodarowywują czas na relaks zabezpieczy dziecko przed pułapką chorobotwórczego pracoholizmu w przyszłości, a dbałość o serdeczne relacje w rodzinie na co dzień nie okaże się czymś niezwykłym.

Po trzecie, możemy wpływać na decyzje polityczne, społeczne i ekonomiczne rządzących oraz zachowania firm działających na rynku spożywczym i farmaceutycznym. Skutki decyzji i zachowań tych podmiotów nie będą obojętne dla jakości życia naszych dzieci w wieku dorosłym. My – rodzice możemy oddolnie oddziaływać swoimi postawami i oczekiwaniami na takie kwestie jak polityka proekologiczna państwa, która może być realizowana na przykład poprzez promowanie i finansowe wspieranie rolnictwa ekologicznego (marzę o tym kierunku działań rządu), polityka prozdrowotna (wciąż raczkująca i nieudolna w naszym kraju; jednym z jej pierwszych przejawów jest wprowadzenie zakazu serwowania dzieciom tzw. niezdrowego jedzenia w szkołach i przedszkolach w 2015 r.) czy działania producentów i handlowców na rynku spożywczym podejmowane wobec rosnącego popytu na produkty ekologiczne (już teraz coś drgnęło w tym względzie w niektórych sieciach handlowych).

Z zainteresowaniem przyglądałam się nieugiętej walce niektórych rodziców przeciwko posyłaniu sześciolatków do szkół. Jak widać, można coś robić, nawet jeśli nie od razu odnosimy sukces. Ja sama wysłałam pismo do Ministerstwa Edukacji Narodowej w sprawie powszechności stosowania potencjalnie groźnych dla zdrowia świetlówek w przedszkolach i szkołach oraz o braku wiedzy personelu tych placówek o procedurze bezpiecznego postępowania w przypadku rozbicia się lampy fluorescencyjnej (świetlówki zawierają rtęć, która przedostaje się do otoczenia po rozbiciu się lampy). Nie spodziewałam się pozytywnej odpowiedzi, bo pisałam jako indywidualna osoba, nie reprezentując jakiejś większej grupy. A jednak! Odpisano mi i poinformowano, że sprawa zostanie przedstawiona kuratorom oświaty. I nawet jeśli z jakichś względów nie zostało to spełnione, wiem, że zwróciłam uwagę na problem i być może w przyszłości ktoś jeszcze go poruszy. Jest to kolejny przykład, jak można zadziałać oddolnie i małymi kroczkami poprawiać przyszłe warunki życia naszych pociech. Ważne, aby było coraz więcej osób i całych rodzin pragnących wprowadzać zmiany w fizycznym otoczeniu i w społeczeństwie, w którym żyć będą nasze dzieci.

Jak już wspomniałam, wiedza, którą przekazuję w tej książce poparta jest moim prywatnym, matczynym doświadczeniem. Zdobywam ją od kilku lat, odkąd zwątpiłam w skuteczność systemu medycznego, tracąc zaufanie do medycyny akademickiej oraz pediatrów i innych lekarzy niewychodzących poza jej sztywne ramy. Parę lat temu straciłam również zaufanie do przemysłu spożywczego, co skłoniło mnie do poszukiwania odpowiedzi na kolejne, mnożące się w mojej głowie pytania. Szkoda, że powszechnie dostępna wiedza, po którą sięgnęłam i która okazała się niezwykle skuteczna w leczeniu przewlekłych chorób moich dzieci, nie jest przekazywana studentom na uniwersytetach medycznych. Korzystają z niej jedynie ci lekarze, którzy mają wolę, siłę i odwagę przekraczać granice wyznaczone przez procedury medyczne. I chwała im za to.

Ja wyszłam poza standardy opieki rodzicielskiej. Stało się to wtedy, gdy pod presją choroby, która mogła obciążyć jedno z moich dzieci na całe życie i bezradności lekarzy zostałam zmuszona do wejścia w ich rolę. Podjęłam samoedukację. Najpierw nawiązałam kontakt z niekonwencjonalną lekarką, która leczy pacjentów dietą – dr Ewą Bednarczyk-Witoszek. Wkrótce potem przeczytałam jej książkę. Tak rozpoczęła się nasza ponadroczna, regularna korespondencja e-mailowa. Do dzisiaj przechowuję jako cenną pamiątkę i źródło informacji grubo ponad 100 listów elektronicznych, w których dr Witoszek cierpliwie odpowiadała na moje szczegółowe pytania, analizowała jadłospisy moich dzieci, a nawet moje, i wspierała nas duchowo. Nauczyła mnie, jak obserwować dziecko, jak interpretować różne sygnały wysyłane przez jego organizm i jak powiązać je z tym, co zjadło. Sprawiła, że zostałam lekarzem pierwszego kontaktu dla moich dzieci, luksusowym lekarzem, bo czas „matczynej wizyty lekarskiej” trwał przez większość doby, a nie ograniczał się do 15 minut przyznanych przez NFZ.

W pewnym sensie, żaden lekarz nie jest w stanie zastąpić rodzica wyposażonego w odpowiednią wiedzę. To rodzic najlepiej zna swoje dziecko, spędza z nim najwięcej czasu, jest w stanie wychwycić najbardziej subtelne zmiany w jego samopoczuciu i kondycji. Dr Witoszek nie złowiła mi więc ryby, dała natomiast wędkę. Dzięki temu uporałam się również z własnymi dolegliwościami zdrowotnymi, ciesząc się z poczucia rosnącej samodzielności, niezależności i skuteczności w działaniu. Wkrótce okazało się, że cała nasza rodzina uniezależniła się od lekarzy i leków. Zaczęłam sięgać po kolejne książki o tematyce zdrowotnej, niektóre napisane przez niekonwencjonalnie myślących lekarzy z tytułami profesorskimi. To pocieszające, że tacy autorzy i takie książki istnieją.

Duże znaczenie miała też dla mnie seria książek traktujących o odżywianiu, jakości pokarmów i ich wpływie na zdrowie człowieka, napisanych przez Bożenę Żak-Cyran, dietetyczkę. Znalazłam w nich fascynującą wiedzę, którą można wypróbować od zaraz, w życiu codziennym. Spotkałam się osobiście ze znanym polskim alergologiem i dermatologiem, członkiem Amerykańskiej Akademii Alergologicznej, dr n. med. Danutą Myłek. Dr Myłek występuje w ogólnopolskich audycjach radiowych i udziela wywiadów w prasie. Powołują się na nią inni lekarze w swoich publikacjach. Podstawą leczenia u pani doktor są zalecenia dietetyczne oparte na jej niecodziennej, nieograniczonej schematami medycyny akademickiej wiedzy i doświadczeniu (zarówno zawodowym, jak i osobistym). Książka dr Myłek pt. Alergie jest jednym z filarów mojej biblioteczki medyczno-dietetycznej.

Oprócz czytania książek, słucham rozmaitych wykładów na temat profilaktyki zdrowotnej i leczenia, wygłaszanych przez profesjonalistów. Są to m.in. wykłady dr Natashy Campbell-McBride, światowej sławy rosyjskiej neurolog i dietetyczki, która uważa dietę za podstawę terapii wszelkich chorób, wykłady Bożeny Przyjemskiej, naturoterapeutki i magistra biologii z wykształceniem medycznym, autorki książki pt. Niebezpieczne zboża oraz bloga Zdrowie bez glutenu, czy wykłady Jerzego Zięby, naturopaty i dyplomowanego hipnoterapeuty klinicznego, autora książki i strony internetowej pt. Ukryte terapie. Ponadto informacje czerpię z filmów popularno-naukowych. Natomiast najcenniejszym źródłem mojej praktycznej wiedzy są… moje dzieci! Bez nich na nic zdałaby się ta cała teoria. Wsłuchuję się również w historie i opowieści innych rodziców. Uważnie obserwuję własny organizm, który wysyła mi rozmaite sygnały, niejako informacje zwrotne, dzięki czemu wiele się uczę. To, co przeczytam w książce czy usłyszę na wykładzie zawsze konfrontuję z życiem.

Wiedza, którą zdobyłam, wciąż zdobywam, wypraktykowałam i wciąż praktykuję jest… prosta! Jest logiczna. Może ją zrozumieć każdy – dziecko i dorosły. A jednocześnie jest bardzo, bardzo ważna. Edukacja w zakresie codziennej dbałości o zdrowie powinna odbywać się już w przedszkolu i w szkole, i to pod postacią jednego z najważniejszych przedmiotów. Zwykłe wykształcenie traci przecież znaczenie, gdy choroba uniemożliwia człowiekowi normalne funkcjonowanie, czy to pod względem psychicznym, czy fizycznym, lub gdy skraca jego życie. Proponuję wprowadzenie nowego przedmiotu do szkół  – „wiedzy o zdrowiu”. Wiedzę o zdrowiu powinien mieć każdy rodzic, bo bez tego żaden pediatra nie będzie w stanie skutecznie pomóc. Za skuteczność leczenia uważam uzyskanie długookresowego zdrowia całego organizmu. Zadajmy sobie pytanie: jak często lekarze odnoszą sukces w postaci trwałego wyleczenia naszego dziecka z chronicznej choroby, a dokładniej rzecz biorąc – zapewnienia mu pełnego zdrowia na przestrzeni miesięcy i lat? Jeśli nauczymy się sami zapewniać naszym dzieciom właściwą, codzienną profilaktykę zdrowotną, może okazać się, że lekarz i apteka w ogóle nie będą potrzebni.

Książkę tę napisałam z myślą o rodzicach: rodzicach dzieci z niewinnym katarkiem i tych, którzy borykają się z cięższymi chorobami. Tym drugim życzę, aby nigdy nie tracili nadziei i aby pamiętali, że diagnoza lekarska niekoniecznie oznacza ostateczny wyrok. Wszystkim życzę, aby mieli odwagę myśleć niezależnie i zadawać pytania oraz aby mieli siłę do podjęcia samoedukacji. Mam nadzieję, że znajdę czytelników również wśród opiekunów, nauczycieli i innych osób mających do czynienia z dziećmi na co dzień.

Dlaczego dzieci chorują? Dlaczego chorują te, które są syte, właściwie ubrane, czyste i które pozostają pod regularną opieką pediatry, w dobie coraz bardziej udoskonalanych i w coraz większej ilości aplikowanych leków i szczepionek, a więc produktów mających służyć naszemu zdrowiu? Często jako „zdrowe” określa się dzieci, które bez przerwy pociągają nosem, kaszlą, cierpią na nawracające wysypki, problemy jelitowe, nadwagę, przejawiają zaburzenia mowy, tiki nerwowe, reagują agresywnie, nie nawiązują kontaktu z rówieśnikami, zachowują się „dziwnie” lub „niegrzecznie”, płaczą „bez powodu”, są osowiałe lub nadpobudliwe czy wykazują nadwrażliwość na światło, dotyk lub dźwięki. Wydaje się, że takich dzieci przybywa. Przybywa dzieci z objawami alergii i nietolerancji pokarmowych, z przewlekłymi chorobami dróg oddechowych, z zaburzeniami ze spektrum autyzmu. Czy to ma być norma? Czy zmierzamy do modelu amerykańskiego, w którym dzieci przebywające na obozie letnim, zanim ustawią się w kolejce do śniadania serwowanego przez obozowego kucharza, stoją w kolejce po… leki? Tam każde dziecko ma swoje specjalne pudełko na tabletki, aby lekarstwa nie mieszały się i aby zostały zażyte o odpowiedniej porze… Na co są przepisywane te leki? Na hiperaktywność, zaburzenia neurologiczne, epilepsję, chroniczne zapalenie jelit, atopowe zapalenie skóry, astmę, cukrzycę… Według raportu dotyczącego zdrowia najmłodszych w Stanach Zjednoczonych przeprowadzonego przez kilka amerykańskich uniwersytetów w 2011 r., 43% dzieci w USA wymaga stałego leczenia. Co więcej, odsetek ten nie obejmuje dzieci z podejrzeniem zaburzeń rozwojowych i tych z nieprawidłową wagą [13, s. 84-87].

Jestem mamą dwójki w pełni zdrowych, tryskających energią pociech: dwunastoletniego chłopca i dziewięcioletniej dziewczynki, które kiedyś bardzo chorowały. Całe ich organizmy źle funkcjonowały. Odbyliśmy dziesiątki wizyt w gabinetach pediatrycznych i specjalistycznych oraz cztery pobyty w szpitalu. Dzieci przyjmowały mnóstwo leków, które skrupulatnie podawałam im według zaleceń lekarzy. Były też w pełni zaszczepione, zgodnie z kalendarzem szczepień obowiązkowych. Nigdy jednak nie zauważyłam, aby jakikolwiek produkt farmaceutyczny przyniósł trwałą poprawę. Dzisiaj mam pewność siebie, która pozwala zachować mi spokój, gdy któreś z moich dzieci odmawia jedzenia (co zdarza się od czasu do czasu), dostaje gorączki (to praktycznie należy już do przeszłości), kaszle i pociąga nosem (moja córka od kilku lat nie kaszle i nie ma kataru, syn zapada na przeziębienia sporadycznie) czy zwymiotuje (choć nie pamiętam, kiedy ostatni raz do tego doszło). Wiem, że to tylko chwilowe, naturalne objawy samolecznia się organizmu, tak wynika z mojej długookresowej statystyki. Kiedyś tego rodzaju objawy bywały chroniczne, a ja drżałam ze strachu i niepewności.

Zaufanie do lekarzy, medycyny i całej służby zdrowia straciłam kilka lat temu. Był to moment, kiedy mój syn, pozostający od dłuższego czasu pod stałą opieką medyczną, pogrążył się w chorobie na dobre. Lekarz, nie potrafiąc określić przyczyny takiego stanu rzeczy, zalecił niepewne co do pożądanych efektów, ale pewne co do skutków ubocznych leczenie farmakologiczne. Działał metodą prób i błędów, czego nie ukrywał. Leku nie podałam (po konsultacji z kilkoma innymi lekarzami). Wprowadziłam za to istotne zmiany w sposobie żywienia syna i całej naszej (solidaryzującej się z nim) rodziny. Po mniej więcej dwóch tygodniach nastąpiła wyraźna poprawa w stanie jego zdrowia. Symptomy choroby zaczęły łagodnieć i pojawiła się u niego niezwykła energia, twórczość i chęć do nauki. Odżyła również córeczka, którą od urodzenia nękały rozmaite przewlekłe dolegliwości.

Zmiany dietetyczne to jednak nie wszystko. Zwróciłam uwagę także na inne formy oddziaływania na organizm dziecka. Takim oddziaływaniem na pewno jest całkowite odstawienie lub możliwie maksymalne ograniczenie leków, typu antybiotyki, środki przeciwzapalne, przeciwgorączkowe i przeciwbólowe, sterydy, leki przeciwalergiczne, różnego rodzaju mniej lub bardziej słodzone, aromatyzowane i barwione syropy, sztuczne witaminy i inne suplementy, oraz szczepionek. Uważam, że leki należy zarezerwować jedynie na skrajne sytuacje, w których dochodzi do realnego zagrożenia trwałą utratą zdrowia lub życia. Oprócz wprowadzenia zmian w sposobie odżywiania i rezygnacji ze sztucznej stymulacji farmakologicznej, zadbałam o takie aspekty jak psychika i emocje, edukacja, ruch, świeże powietrze, kontakt z przyrodą, słońce, sen, kosmetyki, środki czystości, wynalazki cywilizacyjne, ubiór itp. Temat rozwijam na kolejnych stronach.

Jestem pewna, że moja książka pomoże każdemu rodzicowi lub opiekunowi, który po nią sięgnie. Będzie dobrym drogowskazem dla tych, którzy utknęli w martwym punkcie w zmaganiach z chronicznymi problemami zdrowotnymi swoich pociech. Książka nie jest jednak zbiorem gotowych rozwiązań. Jest raczej wyzwaniem, ale też – zachętą do podjęcia wysiłku, uświadomienia sobie priorytetów życiowych  i ułożenia ich od nowa. O jakim wysiłku mówię? Przede wszystkim – o niełatwym wprowadzaniu zmian w życiu codziennym. Również – o trudzie systematyczności w działaniu, choć systematyczność przestaje być uciążliwa, gdy przeradza się w dobre nawyki. Systematyczność i konsekwencja powinny pojawiać się w każdym aspekcie dbałości o zdrowie, każdego dnia. W szczególności chodzi mi o świadome podejmowanie codziennych decyzji związanych z zakupami spożywczymi, gotowaniem, porą spania i długością snu, wietrzeniem pomieszczeń, doborem ubioru, aktywnością fizyczną, ilością czasu przeznaczonego na wypoczynek, zabawę, naukę i pracę, częstotliwością rozmów z osobami, którym powierzamy nasze pociechy, relacjami w rodzinie i z osobami spoza rodziny, wyborem kosmetyków i środków czystości oraz wieloma innymi zagadnieniami pojawiającymi się w zwykłej codzienności. Jest to metoda regularnej dbałości o zdrowie, metoda małych, ale konsekwentnych kroczków, dzięki której nie dochodzi do sytuacji skrajnej, zmuszającej nas do podejmowania ciężkich, czasami drastycznych decyzji. W takiej sytuacji niejedna rodzina postanawia sprzedać dom czy inny majątek w celu zgromadzenia środków finansowych na ratowanie zdrowia lub życia dziecka, niejeden rodzic rezygnuje z kariery zawodowej. A przecież wysiłek związany z codzienną profilaktyką zdrowotną nie wymaga aż tak dramatycznych kroków, jest znacznie mniejszy. Większość rodziców przyznałaby pewnie po chwili zastanowienia, że zdrowie i dobro dzieci jest celem nadrzędnym w ich życiu, ważniejszym od majątku, rozwoju zawodowego, własnych przyjemności itp. Z drugiej strony, niekoniecznie musimy całkowicie rezygnować z tych dóbr, aby utrzymać nasze dzieci w zdrowiu. Wystarczy nieco zmienić swoje priorytety, na przykład zastanowić się, czy warto codziennie przeglądać Facebook, być może tracąc cenny czas, czy cotygodniowe zakupy w galerii handlowej są absolutnie niezbędne, albo czy moglibyśmy zadowolić się mniejszymi zarobkami, ograniczając nieco pracę zawodową na rzecz wygospodarowania czasu na regularne spacery z dzieckiem, codzienne ugotowanie mu pysznego i wartościowego obiadu, zakupienie dobrego jakościowo jedzenia bezpośrednio u rolnika itp. Priorytety i potrzeby w każdej rodzinie są inne, a ja podaję tylko przykłady, co można zweryfikować. Zachęcam wszystkich rodziców do przemyślenia swoich własnych potrzeb względem potrzeby dbałości o zdrowie dziecka (lub dzieci) i całej rodziny oraz do podjęcia tego mniejszego, ale codziennego wysiłku, bo warto. Z czasem, gdy taki wysiłek wchodzi w nawyk, jest lżej. Mało tego, przyjmujemy inny, świadomy styl życia, z którego nie chcemy już rezygnować i który automatycznie przekazujemy naszym dzieciom w spadku. Stopniowe osiąganie tego celu na co dzień daje mnóstwo satysfakcji i energii, a w dłuższym czasie – bezcenne zdrowie, co z nawiązką rekompensuje podjęty trud.

 

Czerwiec 2016 r.

Książka „Zdrowe Dzieci”

 

8 thoughts on “Wstęp do książki „Zdrowe Dzieci”

  1. Pani Ewo, świetny wstęp! Z niecierpliwością czekam na ciąg dalszy. Wielki ukłon w Pani stronę.

  2. Czekam z niecierpliwością na efekty Pani ciężkiej pracy, książkę polecam wszystkim koleżankom, znajomym i mam nadzieję, że wzbudzi ich zainteresowanie tak jak wzbudziła moje 🙂 Jestem zachwycona 😀

  3. Zapowiada się interesująco, właśnie dlatego, że jest Pani Mamą. Krótko szczepiłam tylko pierwsze dziecko, kolejnych już nie, ale bardzo brakowało mi wsparcia myślących podobnie. Czekam z niecierpliwością, zwłaszcza na stosunek do diety, która u nas jest jednak w dużej mierze jaglano – warzywna. Pozdrawiam serdecznie.

  4. Dziękuję 🙂 Co do diety – jej podstawą jest ZMIANA. A zmiana z kolei powinna wynikać z instynktownych preferencji, zmieniających się, indywidualnych upodobań smakowych dziecka oraz z obserwacji jego organizmu i samopoczucia. Ten proces nie powinien być w żaden sposób zakłócony: ani przemysłowo wytworzonym, uzależniającym jedzeniem, ani jakimikolwiek teoretycznymi założeniami dietetycznymi.

  5. Witam Pani Ewo, czy w książce znajdą się wszystkie wpisy z poprzedniego bloga?Przyznam, że dopóki był dostępny poprzedni blog często wracałam do świetnych treści tam zamieszczonych. Ja również z niecierpliwością czekam na książkę i trzymam mocno kciuki:)Pozdrawiam .

  6. Pani Agnieszko, tak, co więcej, w książce rozszerzyłam treści blogowe (2 tomy – około 700 stron…) i je uporządkowałam. Niestety cały czas przesuwa się termin jej wydania ze względu na pewne przestoje w procesie wydawniczym. Robię wszystko, aby książka ukazała się tego lata. Pozdrawiam Panią 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.