Surowe mleko i borelioza



Od lat podaję moim dzieciom surowe mleko oraz przetwory z takiego mleka: kwaśną śmietanę, masło, zsiadłe mleko, twaróg, ser żółty, a nawet jogurt, który udaje mi się zrobić z pominięciem wstępnej pasteryzacji. Ze względu na wysoką wartość mleka niepoddanego obróbce termicznej, a również – jego łatwiejsze trawienie, przyswajanie oraz mniejsze ryzyko wystąpienia objawów nadwrażliwości pokarmowej, polecam takie mleko innym mamom – dla ich dzieci. Chcę przy tym zaznaczyć, że mleko i jego przetwory traktuję jako jedno z wielu bogatych źródeł substancji odżywczych, a nie jako niezbędny element codziennego menu. Nie ma potrzeby spożywać pokarmów mlecznych codziennie, a czasami nie jest to wręcz wskazane.

O wartości mleka surowego piszę w mojej książce, a utracie wartości odżywczej wskutek obróbki termicznej – w artykule pt. Mleko ze sklepu. Piszą i mówią o tym również inni: światowej sławy lekarz i dietetyk – dr Natasha Campbell-McBride, dr Jerzy Jaśkowski czy przedstawiciele fundacji The Weston A. Price Foundation. Mleko surowe, a tym bardziej – mleko surowe zsiadłe, to znakomity probiotyk, zawierający dodatkowo enzymy – substancje białkowe ułatwiające trawienie. Jak każde białko, substancje te ulegają denaturacji w wyższych temperaturach. Poza tym w mleku spasteryzowanym, a tym bardziej – przegotowanym zredukowana jest zawartość innych substancji wrażliwych na temperaturę: wartościowych wielonienasyconych kwasów tłuszczowych czy witaminy C i B.

Oczywiście podstawą zdrowotności mleka prosto od krowy jest zdrowie krowy, które z kolei zależne jest od warunków hodowli (dostępu zierzęcia do zielonych łąk i światła słonecznego), poza tym – higiena dojenia i przechowywania mleka, jego świeżość oraz utrzymanie odpowiednio niskiej temperatury od momentu dojenia do spożycia. I o to powinniśmy zadbać, wybierając źródło mleka dla naszych dzieci. Ostatnio jednak pojawia się coraz większa obawa przed… kleszczami. Co wspólnego z mlekiem mają kleszcze? Otóż niektóre zgłaszające się do mnie mamy twierdzą, że przez mleko od krowy można zarazić się boreliozą. Wnioskują tak z wypowiedzi Jerzego Zięby, z której wynika, że niemowlę może zarazić się boreliozą od zakażonej matki przez picie mleka z piersi. Trudno było mi od razu ustosunkować się do tych obaw, gdyż po pierwsze, nie słyszałam bezpośrednio wypowiedzi pana Jerzego i potrzebowałabym tu potwierdzenia w rzetelnych materiałach źródłowych, za to wiem, że uznaje on przewagę mleka surowego nad pasteryzowanym, po drugie, od lat podaję moim dzieciom surowe mleko i nie zauważam objawów boreliozy, jak również sama piłam takie mleko w dzieciństwie, pili moi rodzice i dziadkowie, na przestrzeni kilkudziesięciu lat ubiegłego wieku, kiedy to mleko prosto od krowy powszechnie uważano za rarytas i wysoce odżywczy pokarm, i nikt z nas nie chorował z tego powodu, po trzecie, jak dr Campbell-McBride argumentuje, ewentualne drobnoustroje chorobotwórcze pochodzące z organizmu krowy nie są w stanie przeżyć w jej surowym mleku, które z natury pełne jest korzystnych bakterii, żywych enzymów i kompleksów immunologicznych, po czwarte o zakażeniu przesądza nie tyle sama obecność patogenu, co odporność człowieka na choroby. Wątpię, czy bada się statystycznie, jaki procent ludzkości nie zapada na boreliozę pomimo kontaktu z krętkiem boreliozy. A przecież to bardzo istotna informacja w ocenie ryzyka. Natomiast nie wątpię, że coraz bardziej straszy się ludzi i jednocześnie nie uczy się ich, jak wzmacniać swą naturalną odporność. To samo dotyczy salmonellozy i innych chorób przenoszonych przez drobnoustroje chorobotwórcze.

Wracając do wątpliwości mam, skonsultowałam tę sprawę z doświadczonym weterynarzem, mikrobiologiem na uczelni oraz z hodowcą krów i owiec. Weterynarz powiedział, że nigdy nie spotkał się z przypadkiem boreliozy spowodowanej piciem surowego mleka. Mikrobiolog nie miał pewności, przyznał, że teoretycznie jest to możliwe, ale w praktyce chyba się rzadko zdarza. Hodowca zwierząt pije od lat surowe mleko i badał się w kierunku boreliozy, gdyż na jego zwierzętach regularnie żerują kleszcze. Choroby nie wykryto.

W końcu dotarłam do książki pt. Borelioza w praktyce klinicznej, napisanej przez dr hab. n. med. Annę Grzeszczuk. Poniżej cytuję kilka fragmentów z tej książki:

 

DEFINICJA CHOROBY

Borelioza z Lyme (krętkowica kleszczowa, Lyme borreliosis, Lyme disease) jest wieloukładową chorobą infekcyjną, antropozoonozą przenoszoną przez kleszcze, wywołaną przez krętki Borrelia burgdorferi sensu lato. Infekcja obejmuje skórę, stawy, serce oraz ośrodkowy i obwodowy układ nerwowy.[1]

 

PATOGENEZA ZAKAŻENIA

Krętki Borrelia burgdorferi dostają się do skóry żywiciela ze śliną żerującego kleszcza. Człowiek jest zakażany sporadycznie, gdy wkroczy w naturalne środowisko bytowania kleszczy. […]

Inne drogi zakażenia – jak przezłożyskowa – są możliwe, ale bardzo rzadkie. Nie odnotowano w dostępnej literaturze niekorzystnego wpływu zakażenia B. burgdorferi s. l. na przebieg ciąży i rozwój płodu. Nie opisano również zakażeń przez mleko matki. Nie można ulec zakażeniu w kontakcie człowiek – człowiek ani w kontakcie z zakażonym zwierzęciem.[2]

 

Z książki wynika, że bydło również może zostać zakażone bakteriami z rodzaju Borrelia, ale innego gatunku niż bakterie wywołujące boreliozę u człowieka, i dotyczy to regionów poza Polską: Borrelia theileri (w Ameryce Środkowej i Południowej, Afryce i Australii), Borrelia turcica (w Turcji) oraz Borrelia miyamotoi (w Azji). Natomiast u człowieka boreliozę wywołuje Borrelia burgdorferi sensu lato i inne gatunki niebytujące w bydle.[3]

Czy więc jest się czego obawiać? Warto by było, aby tę kwestię wyjaśnił sam Jerzy Zięba, człowiek, którego darzę szacunkiem za rzetelność w poszukiwaniu i przekazywaniu wiedzy oraz który ma ogromną moc opiniotwórczą. Strasznie mi szkoda, gdy zdeterminowane mamy, które są gotowe przychylić nieba swoim dzieciom, zdobywają wartościowe mleko prosto od krowy, ale gotują je lub pasteryzują przed podaniem dziecku. Wiele wskazuje na to, że niepotrzebnie.

 

[1] Anna Grzeszczuk: Borelioza w praktyce klinicznej, Wydawnictwo Lekarskie PZWL, Warszawa 2017 r., s. 17

[2] Tamże, s. 20

[3] Tamże, s. 13

 

 

2 thoughts on “Surowe mleko i borelioza

  1. W jaki sposób robi Pani jogurt bez wstępnej pasteryzacji. Po prostu do surowego dodaje Pani szczepy bakterii? Będe wdzięczna za odpowiedź.

  2. Mleko zamawiam z porannego udoju, dostarczam własny wydezynfekowany słój. Kupuję mleko rano, na targu, a więc około 2 godziny po udoju, przewożę w lodówce samochodowej z wkładami lodowymi i od razu po przyjściu do domu nastawiam jogurt: do surowego mleka dodaję bakterii jogurtowych, które trzymam w zamrażarce, korzystam z jogurtownicy – 8 godzin w cieple (czterdzieści kilka stopni), następnie 1 godzina w temperaturze 15 – 20 stopni, potem – chłodzenie w lodówce. Jogurt wychodzi przy zachowaniu higieny i czasu – możliwie krótkiego od momentu dojenia. Jeśli w mleku zdążą się rozwinąć inne bakterie, zdominują one te jogurtowe i wyjdzie zsiadłe mleko. Wystarczy, że w gospodarstwie nie jest zachowana higiena dojenia i przechowywania mleka – jogurt bez pasteryzacji nie uda się. Natomiast mleko w pierwszych godzinach, a nawet w pierwszym dniu po dojeniu wręcz traci bakterie, tj. staje się bardziej sterylne, ze względu na swoje właściwości „dezynfekujące”, jeśli tylko od razu jest chłodzone i gdy zachowane są standardy higieny. Właściwie to po robieniu jogurtu z mleka niepasteryzowanego możemy ocenić dostawcę mleka – czy kupujemy mleko z dobrego źródła.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.